Daleko sięgające sentymenty

Ktoś już kiedyś powiedział, że lubimy najbardziej to, co znamy. Być może jest w tym odrobina prawdy, bo z własnego doświadczenia wiem, że o wiele przyjemniej mi się gra w starocie zapikselozowane jak nieszczęście niż w nowe produkcje wypuszczane na rynek.

Dlaczego? Sprawa jest prosta – przeżywam na nowo to, co mnie kiedyś zauroczyło. Na nowo odkrywam swoje możliwości i poznaję ograniczenia, których kiedyś nie miałem (przykładowo: pamiętacie taką grę jak Contra? No to ani razu jeszcze nie udało mi się zajść tak daleko jak w czasach, kiedy moim zmartwieniem była praca domowa w postaci równych szlaczków w zeszycie). Twórcy gier, w szczególności niezależnych, zwanych indie, też to zauważyli. A był jeden z nich, który całkowicie pojechał po bandzie.

Michael O’Reilly przysiadł kiedyś i postanowił stworzyć platformówkę, która byłaby istnym Tarantino, jeśli chodzi o popkulturalną pulpę, jaka została w niej zawarta. „I Wanna Be The Guy: Movie Edition”, bo o niej mowa, to darmowa gra najeżona cytatami i bezczelnymi wstawkami z innych tytułów znanych jeszcze z epoki, kiedy to Atari wraz z NES-em królowały w domowych zaciszach. Fabuła jest prosta – wcielamy się w postać dzieciaka – The Kid, który chce być The Guy, jak jego ojciec. Paradoksalnie można by uznać, że gra jest trawestacją mitu o próbach stania się dorosłym. Dziecko zapatrzone w archetyp ojca, silnego, który pewnego dnia mu znika z horyzontu. Marzenia powodują, że wyruszamy w drogę życia, w której odkryjemy siebie (i być może ocalimy kilka istnień niszcząc parę kolejnych). Opowieść jakich wiele, klasyczna w swojej formie, stawiająca podstawowe pytania, takie jak: kim jesteśmy, skąd przychodzimy, dokąd zdążamy (w górę, w dół, prawo, lewo, prosto, drzewo…).

Gra zaczyna się w sposób bezczelny: zamiast klasycznego intra otrzymujemy stertę napisów w Engrishu, które warto przeczytać choćby po to, by zobaczyć podejście twórcy do japońskich tłumaczeń (nawiasem mówiąc: swego czasu hitem była postać Quistis Trepe z Final Fantasy VIII, która miała się nazywać Quistis Tulip, jednak przy retranslacji z japońskiego Turipu wyszło co wyszło). A potem jest jeszcze bardziej absurdalnie.

Nie mamy podanych praktycznie żadnych instrukcji – gra opiera się w dużej mierze na zmuszaniu gracza do kombinowania jak przejść poziom nie do przejścia – spadają na nas dziwne rzeczy, przyklejamy się do ścian, odskakujemy od nich, odbijamy się od niewidzialnych platform, a czasem okazuje się, że będziemy wchodzić w budynek. Znaczy: w jego mur. Rzecz w tym, że poziom trudności jest wywindowany ponad wszelką normę – dość powiedzieć, że podwójny skok, standardowy w większości japońskich gier 2D, odgrywa tu kluczową rolę, bo czasem trzeba się – spadając – odbić od kolców. W IWBTG nie ma wielu przeciwników. Zamiast tego spadają na nas na przykład jabłka (lub czereśnie). Zresztą: sami popatrzcie.

Grafika jest po prostu BRZYDKA. Inaczej się tego nie da określić – jak na dzisiejsze standardy, wypala oczy. Jak na standardy zagorzałych sentymentalistów – ujdzie. Przynajmniej do spotkania Mike’a Tysona.

I właśnie z pierwszym bossem IWBTG pokazuje swoje prawdziwe oblicze: autor wrzuca co i rusz elementy z innych gier. Począwszy of Street Fightera, poprzez Castlevanię, skończywszy na Super Mario i Soniku. Tytułów jest pełna mnogość, a przez to gra wykazuje się tak mocno pulpowym charakterem, jak tylko to możliwe. Z zamku wiedźmy jesteśmy w stanie przeskoczyć do retrofuturystycznej fabryki, w której będziemy walczyć z mózgiem zamkniętym w słoiku. Ta parada absurdów potrafi wykończyć nerwowo człowieka, szczególnie że zapisy gier są rozmieszczone według widzimisię autora i potrafimy zostać nagrodzeni zapisem dopiero po przejściu jakiegoś koszmarnie skomplikowanego labiryntu.

Rzecz w tym, że gra jest trudna tylko jak na dzisiejsze standardy. Jeśli waszym pierwszym centrum gier był któryś z 8-bitowców, zauważycie, że te kilkanaście lat temu poradzilibyście sobie z tym tytułem i bez zapisów gier. A teraz? Przyznam szczerze, że ja ledwo dotarłem do drugiego bossa. Jeżeli zatem lubicie powiew starych gier, a nie chcecie wydawać pieniędzy na „Rogue Castle”, to może warto dać szansę „I Wanna Be The Guy”? Gra, choć niemożebnie trudna, jest jednocześnie miodna ponad normę – tak dzięki „zapożyczonej” muzyce, jak również świetnemu zaprojektowaniu poziomów, które wymagają nieraz dokładnego główkowania. Nawet podczas oglądania przejścia gry na YouTube łezka w oku się kręci i to mocno. Powód jest jeden. Po prostu to znamy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *